Proboszcz brwi zmarszczył i ramionami ruszył.

— Niegodne to uczciwego człowieka patrzeć na takie bezeceństwa i słuchać. Ludźmi jesteśmy i wiele złego się dzieje, ale to nie racja publikować150 występki. To jakby ktoś ranami i nagością świecił. Nie honor to, moje dziecko, i niezdrowa zabawa.

Witold wykręcił się na pięcie i, dalej gwiżdżąc, ruszył ku bramie.

Wzrok miał krótki, więc daremnie szukał po drodze.

— Nie widać tam nikogo? Bryczki jakiej? — zagadnął furmanów.

— Nie widno! — odparli. — Tylko ot tam, pod figurą, idzie panicz z zaścianka piechotą.

— Idzie? Radosna wieść! Może nas wypuszczą nareszcie z tej spelunki przed wieczorem. Dmuchnę sobie do Poświcia zawracać kontramarkę151 tej samotnej turkawce! Warta grubych pieniędzy!

— No, no! Zbliż się, robaczku! Damy ci tu za wszystkie czasy!

Pomimo pogróżki, nie czekał zbliżenia się brata. Wycofał się ostrożnie poza linię pierwszych strzałów. Pociągnął za sobą księdza.

— Proboszcz gości zostawił nad pustą butelką, to ładnie! — rzekł.