— Ach prawda! Zaraz świeżą przyniosę! Coś się Marek opóźnia, ale mówił mi wczoraj, że przyjdzie.
— Bardzo to chwalebna z jego strony odwaga! — odparł młodzik głośno, a w duchu dodał: „Idź, klecho, po miód, nie pokumacie się przynajmniej za naszymi plecami!”
— Idzie już, mamo! — objaśnił, sadowiąc się na kanapie.
Wszyscy się wyprostowali, odchrząknęli, marszałek rozłożył przed sobą plik papierów, podanych mu przez panią Czertwanową. Wszystkie oczy utkwiły w drzwiach: zapanowało uroczyste milczenie.
Po chwili drzwi te rozwarły się szeroko i, schylając swą wysoką postać, wszedł Marek.
Jakby dla kontrastu z tym eleganckim gronem sędziów, miał na sobie samodziałową ciemną kurtę, ściśniętą skórzanym paskiem, na nogach buty długie, zakurzone wędrówką, w ręku wypłowiałą czapkę.
Wszedłszy, wyprostował się hardo, oczyma przeszedł zgromadzenie i nieznacznie się ukłonił.
Powitanie to chłodne i lekceważące zasępiło na wstępie już wszystkie twarze: odpowiedziano niedbałym kiwnięciem głowy.
Młody człowiek znów obszedł pokój wzrokiem, szukając krzesła, ale były zajęte, a proboszcz gdzieś miód wygrzebywał z piasku, więc Marek przystąpił do otwartego okna, oparł się ramieniem o futrynę i tak, profilem zwrócony do towarzystwa, czekał zaczepki.
— Już trzy godziny czekamy na pana! — zaczął marszałek. — Zwątpiliśmy, czy pan się stawi na wezwanie.