— Jestem! — padł od okna jeden wyraz.
— Czy pan ma jakie wytłumaczenie na swe karygodne zachowanie się względem młodszej i uboższej rodziny? Co pan ma na obronę?
— Nie słyszałem oskarżenia jeszcze! — rozległo się lakonicznie.
— Krzywdził ich pan i wyzyskiwał swe położenie. Wedle podanych mi tu do przejrzenia rachunków, stracił pan podczas zarządu Skomontami dziesięć tysięcy rubli ze wspólnego funduszu, jeszcze za życia nieodżałowanej pamięci ojca pańskiego.
Tu ksiądz przerwał mowę marszałka. Wpadł zasapany, uścisnął serdecznie dłonie Marka, przyniósł mu z drugiego pokoju fotel, nalał ogromną szklanicę miodu. Ani dbał o uroczystość chwili.
Młody człowiek zgiął kark, ucałował ręce starca, ale miodu nie tknął i nie usiadł. W tej samej pozie, ze skrzyżowanymi ramiony, błądząc okiem ponad głowami zebranych, stał w blasku letniego południa i pytał spokojnie:
— Co dalej, panie marszałku?
— Dalej, przez ten rok od śmierci ojca pan intrygowałeś potajemnie, podburzałeś kupców, żeby odmawiali kredytu pani Czertwanowej, twierdząc, że nie ma prawa rządzić majątkami, że pieniądze ich przepadną. Paraliżowałeś pan każdy jej krok i, korzystając z koniecznej potrzeby, wydzierałeś za bezcen po kawałku gruntu spod stóp słabej wdowy i niedoświadczonego młodzieńca. Nie synem pan byłeś i przyjacielem, ale lichwiarzem. Wobec prawa pan miałeś słuszność, ale nigdy wobec opinii obywatelskiej. Czy takie jest wasze zdanie, szanowni sąsiedzi?
— Zapewne, zapewne! — rozległo się chórem.
Pod tym publicznym zarzutem Marek głowy nie ugiął, oczu nie spuścił. Parę razy był słuchał z brwią ściągniętą, zadrżała mu twarz, poruszył ustami, jakby coś rzec miał, ale się pohamował.