— Czy to już koniec, panie marszałku? — zagadnął po chwili milczenia, bez żadnej zmiany tonu i postawy.

Syn marszałka oczu z niego nie spuszczał. Kto był winien, nie rozumiał, nie słyszał prawie zarzutów, sprawa była mu obca i nieznana, ale ten człowiek, tak olimpijsko spokojny, działał upajająco na jego nowożytny zdenerwowany charakter. Winowajca czy ofiara, był olbrzymem w panowaniu nad sobą. O nieba całe wydawał się wyższym od tej wdowy, pożałowania godnej, za którą stała opinia, i od młodzieńca, bronionego głosem ogółu, który, rozwalony na kanapie, uśmiechał się zuchwale.

— Daleko do końca — odpowiedział marszałek. — Pozostają dwa najcięższe zarzuty. Przez ten rok, pomimo próśb i nalegań, nie zgodziłeś się pan na prawomocne ulegalizowanie działu, jaki ustnie zostawił nieboszczyk pan Paweł Czertwan. Wymaganie było słuszne, a opór pański wyda się każdemu karygodnym, jako nieposzanowanie woli rodzica i wyzysk swego położenia i praw. Równie niskim był postępek pański przyswojenia sobie planów majątkowych, o których wydanie daremnie się upominał brat i matka. Tak, panie, nie postępuje szanujący się szlachcic i obywatel...

Krew uderzyła do skroni Marka, ale nie poruszyły go te ciężkie zarzuty, bo, zamiast się bronić, obrócił tylko głowę do okna i nieznacznie, smutnie się uśmiechnął.

Za oknem, w czasie przemowy marszałka, poruszyły się lekko powoje i tak cicho, że dźwięk zginął przy świergocie jaskółek pod strzechą, zabrzmiał serdeczny głos jednym wyrazem:

— Wajdewutas!

Nikt nie słyszał i nikt nie dojrzał niewidzialnego gościa wśród powojów i fasoli, tylko ten odosobniony, pod pręgierzem surowej krytyki, zadrżał, jak trafiony strzałem, i spojrzał ostrożnie, nieśmiało.

Spomiędzy purpurowych kwiatów spotkało jego wzrok zgnębiony dwoje źrenic ciemnych, płomiennych rozdrażnieniem, a tak serdecznie przejętych grozą tej chwili, i równie cicho, ale z naciskiem wyszeptał głos:

— Czy panu nie żal swej duszy, sumienia, pracy, że pan na nie plwać pozwala i milczy? Ja słucham od kilku minut zaledwie, a drżę cała oburzeniem! Pan chyba nie z kamienia, ale z drzewa, z próchna!

Na to on się gorzko uśmiechnął, a zwracając do zgromadzenia w pokoju, spytał zmienionym głosem, na dnie którego poczynały huczeć akcenty namiętności, dławionej do czasu żelazną wolą: