— A jakiż ostatni zarzut posłyszę jeszcze, panie marszałku?
Zapytany odchrząknął, zajrzał w papiery, pokręcił się na krześle i spojrzał po obecnych.
Wszyscy patrzyli w ziemię, zasępieni i bardzo uroczyści; pani Czertwanowej wystąpiły na twarz gorączkowe wypieki, ksiądz dygotał z niepokoju.
— Ostatni zarzut drażliwej jest natury, bo dotyczy tego, co człowiekowi jest najdroższe: czystości noszonego nazwiska. Przez ten rok, rządząc się sam bezprawiem i nadużyciem, dałeś pan zły przykład, doprowadziłeś pan sam poniekąd młodszego brata do lekkomyślnego postępku! Przyciśnięty potrzebą, nie mając przed sobą żadnej drogi wyjścia, sprzedał on las, będący wspólną własnością. Zapewne, tłumaczy go tylko młodość, rozdrażnienie i nieznajomość prawa. Zbłądził, ale to bynajmniej nie usprawiedliwia tego, że pan, zamiast mu dopomóc, oświecić, w domu polubownie skończyć interes, podałeś go na sąd, zmieszałeś ze zgrają Żydów szalbierzy i rzuciłeś bez wahania uczciwe nazwisko na łup adwokackich języków i wstrętnych ścian sądowych! To było już niegodziwe!
Zdyszany, drgający oburzeniem szept wpadł w uszy Markowe zaraz po zakończeniu mówcy:
— I pan milczy? I pan znosi? Co panu? To ohydne! Tego wytrzymać nie można! Mów pan teraz, choć raz w życiu! Pan wie, że ja pana szanuję, i pan pozwala spokojnie, że ja tego słuchać muszę? To nie do zniesienia to boli, szarpie, rani, zabija! Mów pan, bo ja sama wystąpię i po amerykańsku odpowiem za pana!
Zza fasoli i powojów strzeliły jak ogień gorące oczy i brwi ściągnięte kurczowo, i usta rozchylone wzruszeniem, zza których błyskały białe ząbki, ostre, jakby kąsać chciały i bronić tego skrzywdzonego.
Zaraźliwe było to spojrzenie i namiętne słowa młodych ust. Powoli, jak pożar, obejmowały rys po rysie nieruchomą twarz stojącego. Wypędzały mu z serca całą krew do czoła, rozpalały dzikim żarem mroczną powierzchnię siwych oczu, wydzierały gwałtem z duszy na usta potok gwałtownych słów, podnosiły wzburzoną falą spokojną pierś. Zatrząsł się, odstąpił o krok, machinalnie sięgnął w zanadrze kurty, myślał, że mu pęknie klatka piersiowa od tego, co tam zahuczało nagle oceanem zranionych uczuć, sponiewieranej pracy, potarganych myśli i pragnień.
— A zatem to koniec, panie marszałku? Nie znajdziecie nic więcej? Powiedzieliście wszystko? Panowie ci, sędziowie, słyszeli dosyć. Słyszeli, żem złodziej, intrygant, szalbierz, bezprawnik i nikczemnik nareszcie! To dosyć! Nie ma więcej win na świecie, i nie ma człowieka, coby je wszystkie z sobą nosił. Tylko ja! Tylko ja!...
Ale nikt nie słyszał mego głosu i nikt nie wie skąd, jaką drogą doszedłem aż tu, na ten najwyższy sąd szlachecki, co mi teraz zabiera sławę i cześć, i nazwisko uczciwego człowieka.