Z daleka ja tu przyszedłem i z dawna! Lat siedemnaście miałem, gdy ze szkół wziął mnie obowiązek; nie pytano, czy chęć mam i siły, kazano pracować głową, dłonią, wszystkim. Ot tu, na tym papierze, mam ręką ojcowską podpisany spis tego, co mi zdano na ręce, i ot tu, na drugim, takiż spis sporządzony po śmierci ojca, podpisany przez matkę i księdza proboszcza!

Nie dziesięć tysięcy ukradłem, ale więcej, o więcej! Kradłem ziemię tę szarą na nauki siostry i brata, na podróże matki, i wydzierałem przemocą grosz krwawy do kutej szkatułki na posagi im!

Kradłem... ha! Był czas! Dni letnie w polu, jak rok długie, a noce zimowe nad rachunkami wieki się ciągną! Kradłem!

Słyszeli, panowie, żem kradł, ale nie słyszeliście, ilem spoczął przez te dziesięć lat młodości, i nie słyszeliście, czym kiedy się zabawił, zahulał, odstąpił i nie widzieliście, ilem potu wlał w tę ziemię, ile goryczy i zawodów!

Nie słyszał nikt mojej skargi! Boża moc potężna i we wszystkiej nędzy daje siłę nad nędzę większą. I mnie dał taką siłę, żem ziemię tę moją ukochał nad świat cały, i nad młodość, i nad rozrywkę, i nad rodzinę i dom! Ile duszy starczyło, takem ją umiłował! Od łanu do łanu schodziłem ją stopami; przez dziesięć lat z nikim nie żyłem, tylko z tą rodzoną, rozumieli my siebie, mówiła mi do serca zbożami złotymi, zieloną łąką, ciemnym borem! I zaprzysiągłem jej wówczas, że mi jej nikt nie weźmie, chyba z życiem!

Umilkł sekundę, ale potok, raz zerwawszy skorupę, gnał go teraz bez pamięci, coraz gwałtowniej... Całe życie składało się na tę mowę.

— A gdy ojciec zmarł, stałem się intrygantem i wyzyskiwaczem, i lichwiarzem. Słyszeli panowie! Ale nikt nie słyszał, jakem płakał krwawymi łzami, schodząc z tej ziemi, i jak ona po mnie płakała, żegnając. I nie widział nikt, jakem wziął z domu na swój dział sześć głów bydła, troje koni i garść odzieży; i nie widział nikt, jaki był ów dział: ruina zagrody, matczyna spuścizna! A jam się i wtedy nie skarżył, tylkom sobie raz drugi poprzysiągł, że ziemi zmarnieć nie dam, chyba zginę!

I znów Bóg moc mi dał wielką pracy i takiego wytrzymania, żem i snu nie znał prawie, i czasu na jadło nie potrzebował. W dzień służbę sprawowałem ojcowską, w nocy pracowałem... prawda, jak lichwiarz, jak Żyd, wydzierając, gdzie się dało, zarobek!

I oto powiedziano mi, że matka i Witold dług chcą zaciągnąć na majątek. I tak: wedle słów pana marszałka, zabroniłem Żydom pożyczać, zagroziłem procesem. Tak było, to prawda; ale choć to nazywacie intrygą, podkopaniem kredytu, oszustwem, klnę się na Boga, że na to nigdy nie pozwolę i zawsze stanę oporem! Zabijcie mnie, w sztuki porąbcie, ziemi swojej wziąć nie dam, marnego zagonu sprzedać nie dopuszczę! Na tom całe życie poświęcił! Powiadają oni, żem ich wyzyskiwał, wydzierał majątek za bezcen...

Są na to cyfry i dowody: oskarżenie ich nie daje, ale ja je mam i oto je przedstawiam...