Przeto się nie wstydzę! Panowie obywatele! Wyście sami nad rolą tą osiwieli, zgarbieli! Pobruździł wam ten mozół czoła, zrósł z duszą! A ja na was patrzyłem i na praojców pamięć i tak czyniłem, i czynić nie przestanę, gdyż zhańbiłbym się i spodlił!...

Domy macie, i mienia, i rodziny! I może wam we śnie kiedy stanęło, że domy piorun zburzył, a mienie, jak proch marny, poszło w rozsypkę! Jeśli ta zmora was kiedy trapiła, to spójrzcie na mnie: oto ja zmorę tę na jawie bezustannie w piersi noszę i cierpię, ach, jak cierpię! Nie żal mi lat młodych, choć mówią, że jak szczęście piękne, i nie żal życia! Poświęciłem dla tej idei mojej i nauki swobodę i nie wziąłem dla siebie nic z tego, co synowie wasi mają, czym są bogaci! Wiek przeszedł i wy myślicie, że rzucę teraz mój trud, odstąpię tego, com zdobył?

Chcą działów oni; panowie! Weźcie krew mych żył lepiej, rozedrzyjcie mnie w sztuki, w loch rzućcie na wieki, bo ja wiem, dlaczego oni działu tego chcą, i nie dam go!...

Urwał i czekał. Żaden trud i żadna męka nie wyczerpała go tak, jak ta spowiedź pierwsza, jak ta mowa jedyna, do ludzi.

Po zgromadzeniu od kilku chwil powiał jakiś szmer zmieszany: marszałek w ziemię wbił oczy, Illinicz chustką ocierał czoło i powieki, stary Rymwid w twarz oskarżonego utkwił przenikliwe oczy i wąsy kręcił, poważny i zamyślony; Olechnowicz i Radwiłłowicz zetknęli głowy i coś szeptali, gestykulując, a syn marszałka wstał z kanapy od boku Witolda i, zaczerwieniony, przejęty, postąpił wahająco w stronę Marka. A on, zmęczony, dysząc prędko, gryzł do krwi drgające usta i mienił się157 cały. Za okienkiem szept cichy biegł doń z akcentem gorącego wrażenia:

— Teraz pan bez cienia skazy! Teraz pan może milczeć. Żaden sąd winy nie znajdzie! Chodź pan prędzej, ja czekam na pana!

W milczeniu skinął głową i wnet zwrócił oczy do pokoju, bo w tejże chwili pani Czertwanowa płaczliwym, desperackim tonem zawołała:

— Szanowni sąsiedzi! Dlaczegóż syn mój, Witold, ma być wiecznie pod kuratelą, bez swobody działania i tytułu własności? Przecież to jego, a on rozporządzać się ma prawo, już pełnoletni! Co komu do tego, co on z majątkiem swoim zrobić chce? To przymus i gwałt, to wyzysk! My nie potrzebujemy rad i kierownictwa i sami wiemy, co słuszne. Potrafimy zarządzić i utrzymać ziemię!...

Rymwid ciężko wstał z miejsca i chmurny, uderzył po wekslach, rozsypanych na stole, i lakonicznie rzekł:

— A to co? Takiż to rząd i utrzymanie? Jeden rok i tyle już!