— On gwałtem dawał pieniądze, kusił, namawiał!
Marek nie potrzebował zaprzeczać, bo za Rymwidem podniósł się Illinnicz i żywo zawołał:
— Przepraszam, dobrodziko, ale ja sam byłem świadkiem, jak pani przyjeżdżała zimą do Poświcia i prosiła o radę i pomoc. Byłem u niego w interesie sprzedaży kartofli do gorzelni i siedziałem w sąsiednim pokoju.
— Jemu ojciec zabronił wtrącać się do nas, pod błogosławieństwem zabronił! Ojciec go znał i bał się tego okropnego charakteru!
Ksiądz nie wytrzymał, skoczył z miejsca.
— Pani dobrodziko! — zawołał. — Nie wspominajcie tak nieboszczyka! On go cenił i znał; dał dowód, powierzając Poświcie, i błogosławił za jego szlachetne posłuszeństwo. Ja byłem przy konaniu i pamiętam. Witolda przestrzegał, by nie hulał i długów nie robił, bo go błogosławieństwo odstąpi. I słusznie mówił!
Ja Marka Czertwana znam, panowie; pod moimi oczyma rósł i pracował. Grzeszny on, jak my wszyscy, ale tego, o co go oskarżają, nie popełnił, bo fałszu w nim nie ma, ani podstępu, ani podłości!
Skryty on, dziki, nieufny, ale szlachetny i obowiązku żadnego nigdy nie opuścił! Pozory mylą, ale wy sądźcie głębiej; słuchajcie duszy i tego, co wam mówił! On nie kłamie!
— Ziemię sprzedawać ciężki grzech! — zamruczał młody Olechnowicz.
— A próżniactwem i zbytkiem jej nie utrzymać wstyd! — dodał starszy.