— Czy wolno mi już odejść? — zagadnął marszałka.
— Możemy wszyscy się oddalić — odpowiedziano razem, ruszając się z miejsc — obyż za rok zejść się znowu w zgodzie!
Podano sobie dłonie; syn marszałka przystąpił do Czertwana ostatni.
— A mnie czy pan pozwoli podać sobie rękę, choć bardzo mało się znamy? Obyż to było na dobrą dalszą znajomość i bliższe porozumienie! Nauczyłeś mnie pan dziś więcej niż szkoły i uniwersytet. Proszę pozostać i nadal mistrzem i przyjacielem. Do widzenia rychło!
Tłum żegnał proboszcza i wychylał się przed plebanię. Zajeżdżały powozy, żegnano się, wołano, kłaniano. Wśród zamętu Witold stanął obok Irenki i z cicha, żebrzącym głosem spytał:
— Może i mnie zrobi pani tę łaskę i pozwoli się przeprowadzić?
Potrząsnęła głową i cofając się, wsunęła rękę pod ramię Marka, jakby szukając tam obrony przed napaścią.
— O, nie, dziękuję panu! Mamy wiele spraw poważnych do roztrząsania. Nie zabawi to pana.
Niedbałym skinieniem odpowiedziała na ukłon głęboki i ruszyła pieszo na szlak zakurzony, nie troszcząc się, co pomyślą i powiedzą pozostali.
Dziwnie bo158 wyglądała ta para. On, jak zaściankowiec, zgrubiały pracą, ona, jak królewna z bajki, taka piękna i delikatna! Co między nimi mogło istnieć wspólnego?