Po chwili milczącej wędrówki rzekła, jak zwykle, pierwsza:
— A zatem ten sąd to był ostatni smok Wejdawuta. Już leży pokonany, bez zębów, a jenerałowie w prochu. Czego pan chmurny jeszcze? Czego panu jeszcze brak?
— Ja zawsze taki! — szepnął swoje ulubione zdanie.
— Nie! Umie pan mówić, czuć, porywać za sobą! Poznałam dziś dopiero pana i dlatego pytam raz drugi: czego panu brak?
Wyzywała go, szła naprzeciw zaciętej duszy, prosiła, by uległ dobrowolnie przed nią. Ale wybuch przeminął, wulkan ucichł, żelazny pancerz był znowu na piersi.
— Niczego, pani! — odparł.
Spojrzała nań bystro.
— Proboszcz mówił, że pan nigdy nie kłamie! Czyż pan mu i na spowiedzi takąż prawdę mówi, jak mnie w tej chwili?
— Proboszczowi bym nie powiedział tego, co czuję, jeśli grzechu w tym nie ma! Nędzę człowieczą i udręczenie powinien tylko znać Bóg, bo on jeden pomoc dać może!
— W żadnym jednak razie kłamać nie trzeba!... Niech pan spojrzy mi w oczy i powtórzy, że nic mu nie brak!