— Cel za mały! — rzekł niewyraźnie.

— Ach, to już wiem! Mówił mi pan Ragis, kiedyś, pod dębem. Ustąpił pan narzeczonej i desperowałeś potem okropnie.

— Co chrzestny może wiedzieć o mojej desperacji? Kiedy ustąpiłem, to i nie desperowałem! Nie było woli boskiej i koniec!

— No, ależ ona teraz owdowiała! Może pan wrócić!

— A mogę!

— Zatem po roku nabywa pan Skomonty i zakłada pan rodzinę! — rzekła z widoczną ironią w głosie.

Skinął głową. Rysy jego twardniały z każdą chwilą, ponurymi oczyma błądził po drodze. Choćby miał zginąć, nie wyzna jej tego, co czuje; nie usłyszy od niego słowa prawdy.

— Szczęść panu Bóg! — uśmiechnęła się lekko. — Żałuję, że na tym ślubie nie będę obecna, bo zapewne w ciągu tego roku wyjadę.

Zdziwił się Marek i spoglądając uważnie na nią, spytał:

— Daleko pani pojedzie? Na długo?