— Wejdawutas! — zabrzmiał za nim wesoły głos.
— Słucham pani! — odparł z daleka już.
— Wracaj pan rychło!
Nie było na to żadnej odpowiedzi, tylko monotonny, głuchy plusk fal o boki czółna. Irenka patrzyła długo zamyślona.
— I niech mi kto wytłumaczy, czemu on mi milszy nad cały świat? — szepnęła do siebie, podnosząc brwi i zawracając z powrotem do domu.
XI.
Nad Saudwilami unosiły się białe włókna pajęczyny i chłodne mgły jesieni.
Trawą porosła mogiła Grala, nowe wypadki zatarły wspomnienia chłopca, a i śladu pogorzeli nie było. Zakryły ją białe ściany, nowe strzechy, otoczyły płoty świeże, aż na ostatku począł się wznosić zrąb chaty, rosnąc z dnia na dzień.
Szlachta przyglądała się temu zdumiała160, trochę może zawistna, utrwalając się jeszcze więcej w wierze w czary Ragisa.
Czy bo nie czary pędziły do tej budowli od świtu gromady dostatnich gospodarzy, odciągały od własnej roboty dorodnych parobków, ściągały o każdym czasie setki roboczych rąk?