I znowu po paru tygodniach nieobecności zawitał Marek do zagrody.
Pomimo kolosalnych sił, te dwa miesiące bezustannej wędrówki i niewygód odbiły się na nim. Sczerniał i schudł, oczy wpadły jeszcze głębiej i zaogniły się od czuwania. Usta miał spalone, na czole bruzd kilka więcej, w całej postawie okropne wyczerpanie.
W braku chaty sypiali w stodole, więc mu Ragis usłał wiązkę wonnego siana, ciotka przemocą zadała, choć się nie skarżył, jakiegoś cudownego biedrzeńcu, i układli go do snu, nakazując spocząć i nie pracować choć tydzień.
Już piały pierwsze kury, gdy zbudził starego szelest siana obok.
— A co ty, synku, nie śpisz? — zagadnął.
— Nie, ojcze, jakoś sen nie bierze...
— A tobie co? Czy cię co trapi?
— Co mnie ma trapić?...
— Może ty niechcący skrzywdził kogo, a teraz przypomniałeś? Podówczas to człowiek nigdy zasnąć nie może!
— Nie, ojcze, żebym krzywdę przypomniał, tobym się zaraz wrócił i naprawił. Tak mi coś przyszło.