— Już dwa miesiące, jakem jej nie widział...

— I pana Marka nie ma?

— Jestem! Co trzeba? — odparł wezwany, rzucając siekierę i podchodząc.

— Nie spotkał pan naszej panienki dzisiaj?

— Nie! Co się stało?

— Coś złego, panie! Jak sobie wyszła z domu rano, tak dotąd nie ma!

— Gdzie poszła?

— Nikt nie wie! Łódki nie znaleźli na brzegu, ale może ją fala gdzie poniosła. Rozesłałem konnych po folwarkach, a sam przybiegłem po pana...

Marek obejrzał się na wszystkie strony jak błędny i oniemiał na chwilę, dygocąc całym ciałem; potem, nie pytając o nic więcej, jak stał, wypadł za wrota.

— A coby jej się przytrafić miało? — zawołał Ragis. — Taka dzielna dziewczyna! Toż tu opryszków nie ma, każdy by ją na ręku odniósł, a i zbłądzić nie sposób! Jednakowoż i ja pójdę szukać!