— Nie zwykłem się wylegać! Noc długa!

Oj, długa, bardzo długa wydała się ta noc bezsenna, ale nic więcej nie dodał i zagadnął coś o budowli.

Ten przedmiot pochłonął całą uwagę Ragisa i przerwał uwagi i gderanie.

Gdy cieśle przybyli, Marek wziął też siekierę w ręce i zamieszał się z nimi w robocie. Nie pomogły prośby ciotki i krzyk kaleki, ciosał tak wytrwale, jakby tym na chleb miał zarabiać, nie odpowiadał nawet starym.

Żyły mu nabrzmiały na rękach i czole, po twarzy biegł pot, ale nie ustawał. Bez surduta, schylony nad drzewem, przetrwał do wieczora.

Dnia tego przed niedzielą chłopi pracowali zawzięcie, mało kto się odzywał, o zmroku jeszcze brzmiały siekiery.

Nagle od bramy rozległ się obcy głos.

— Pochwalony Jezus!...

Marek głowę podniósł, topór mu zawisł w powietrzu. Na podwórzu stał Sawgard, ekonom poświcki, konno. Nie dojrzał go wśród robotników, nie czekając więc odpowiedzi na pozdrowienie, zwrócił się do Ragisa:

— Nie ma tu naszej panienki, kumie? — spytał żywo.