Zdyszany, drżący, zlany potem, wyprostował się.
— Czółna! — zawołał takim tonem, że kto żyw, ruszył się.
Nie upłynęło minuty, pięć łódek podano. Skoczył w pierwszą, zatknął przed sobą żagiel, wziął wiosło, popłynęli.
Noc tymczasem zapadła, i biała jak mleko, a do kości przejmująca chłodem mgła zawisła nad całą okolicą. O krok nic nie widać było oprócz gęstego tumanu, wśród którego jak skierki świeciły pochodnie. Nareszcie i one poginęły. Noc przerwała poszukiwania na lądzie. Zresztą przez długi dzień przetrząśnięto całą okolicę, pozostała tylko rzeka, nieubłagana, zdradna168 i wiecznie tajemnicza.
Chłopi rozeszli się, obiecując nazajutrz przyjść z niewodem169, szukać zwłok; Ragis i Sawgard zasiedli w oficynie i stękając, gadali o wypadku, otoczeni kilku emerytami. Reszta służby była w czółnach z Markiem.
— A szukaliście na Dewajte? — pytał kaleka.
— Gdzie nie szukali! — rzucił desperacko stary ekonom. Dąbrowę strzęśli od krzaku do krzaku, wołali, zaglądali do lochów, ani śladu.
— A byli na starym cegielnisku?
— Byli.
— A w olszynie, tej grząskiej, za Bubiszkami?