— Byli.
— To nic innego, tylko ją woda zgubiła! Oj, bierze ta nasza Dubissa, bierze ofiar co roku! Pamiętacie księżego synowca170, i Butwiła starego, i żonę Kantrymasa z dzieckiem? Było jej samej nie puszczać!
— Boże, Boże! — lamentował Sawgard, włosy targając. — I mnież to przyszło takiego końca doczekać! A takie to było dobre, i wesołe, i rozumne! Takeśmy ją wszyscy pokochali, a ona do nas przywykła, jakbyśmy razem wiek przeżyli! I ot na co? Na zgubę tej pieszczotce naszej, tej nadziei?
— Szkoda, szkoda! — kiwał głową Ragis. — Taka młodość i zmarnieć! Nic nie pomoże, jak Bóg co sądzi! Murem się od śmierci odgródź, a przelezie, jak trzeba.
— Wyjdźmy, zobaczymy, może pan Czertwan wraca — westchnął Sawgard.
— Ej, nie wróci on, nie wróci, aż sam zmarnieje lub zginie! — zamruczał kaleka smutno.
— Aha! — potwierdził ekonom żałośnie. — I mnie się zdaje, że oni przylgnęli do siebie. Patrzałem z radością, jak szli czasem we dwoje, i błogosławiłem im w duchu. Ot i nabłogosławiłem! Boże miłosierny, zdejm z nas twoje karanie!
Rękawem kapoty otarł łzy i zamilkł, i wszyscy za nim płakali i milczeli, tylko Ragis coś mruczał niezrozumiale.
Nikt o śnie nie myślał. Od czasu do czasu ktoś wyjrzał, dorzucił drew na komin i mruczał, wzdychając. Z rzeki nikt nie przybywał.
Nad ranem usłyszano szybkie kroki na podwórzu. Drzwi się rozwarły, na progu stanął Marek.