Suchej nitki nie było w jego odzieży: włosy rozrzucone, w ręku kawał tlejącej drzazgi i ułamek potrzaskanego wiosła.
Siny był od wilgoci i chłodu, a pomimo to pot biegł mu wzdłuż policzków, oczy patrzały dziko, strasznie, bezbrzeżną rozpaczą; poruszył parę razy ustami, nim wydobył z siebie jeden wyraz:
— Sieci!...
Nie pytano o nic. Sawgard poszedł, płacząc, do spichrza po niewody. Ragis wziął Marka za ramię.
— Wypij, biedaku, wódki, bo się tu sam rozchorujesz. Włóż surdut, ogrzej się. Bóg wziął, wola jego.
Młody człowiek wyrwał się gwałtownie, wyszedł, rzucając kalece okropne spojrzenie; zacisnął zęby, aż mu zgrzytnęły, ale nic nie rzekł.
Służba wzięła sieć olbrzymią i wróciła do czółen, on sam, siadł w najmniejsze i przodował w tym smutnym połowie.
Zajęto pierwszą toń. Sieć cicho spadła na dno rzeki i ogarnęła ją od brzegu do brzegu. Ciągnięto ją z łódek powoli. Sam w swym czółenku Marek płynął w ślad, jak za konduktem pogrzebowym, i patrzał w wodę uparcie, suchą, rozszerzoną źrenicą. On jeden z tych wszystkich ludzi nie płakał i nie desperował.
Wydobyto sieć i zbierano ją na brzeg powoli, tamując oddech.
Pełna była ryb, ale Irenki nie było. Zarzucono raz drugi.