Dzień się robił na niebie i ziemi, rozbijając tumany mgły.
Rzeka pokryła się setką czółen: przyszli chłopi, dworscy z folwarków, na brzegach zbierał się tłum ciekawych, powietrze napełniło się płaczem kobiet, wołaniem wioślarzy, wieść smutna piorunem szła po okolicy.
Wśród tego mnóstwa ludu, wśród tych łkań i krzyków, wioślarz samotny na drobnej łódce stał nieporuszony i niemy, znieczulony na drewno.
Tylko, ilekroć dobywano sieć, rysy kurczyły mu się spazmatycznie, i drganie przebiegało członki, a wszyscy stawali, i cisza głęboka ogarniała brzegi rzeki. Ale oprócz ryb niczego nie wyławiał niewód.
O południu stanęli za jurgiskimi młynami; stracono nadzieję odnalezienia zwłok, zatrzymano się...
Tak kiedyś szukano daremnie ciała Olechny Nerpalis. Łupu swego nie zwykła oddawać Dubissa.
Marek opuścił wiosło i wpadłymi oczyma spojrzał w niebo sine, gęste od chmur; szukał tam wysoko ratunku dla rozdartej duszy.
Ludzie przeziębli, głodni, opuścili ręce. W tej chwili z tłumu ktoś się przedarł aż do brzegu.
— Marku!
Olbrzym spojrzał machinalnie. Nad wodą stał ksiądz Michał Nerpalis, za nim Ragis i panna Aneta.