Po godzinie Marek wstał i ruszył do drzwi. Zastąpili mu drogę.
— Dokąd idziesz? Zostań! — wołali.
Popatrzył w oczy obojga z rozdzierającym żalem, do ich rąk się pochylił.
— Zlitujcie się nade mną! Nie wytrzymam w miejscu! Do Boga się pomodlę, gdzie nikt nie zobaczy! Pójdę, pójdę!
Proboszcz chciał zabraniać, ale panna Aneta pociągnęła go za rękaw.
— Niech idzie, dobrodzieju, niech idzie! Nie bójcie się, złego sobie nie uczyni, chrześcijańską, złotą ma zbroję na duszy! Ale żal mu serce rozpiera; niech idzie, może mu Bóg łez użyczy! Może zapłacze!
Marek wyszedł. Po chwili dopiero przypomniała sobie starowina, że go puściła bez kurty, w mokrej koszuli, wybiegła, ale już go nie dojrzała.
Wielkimi krokami szedł tąż drogą, którą w ów pamiętny dzień sądu przeprowadzał Irenkę. Margas nieodstępny szedł za nim o krok teraz i szła z nim rozpacz i niedola, a w zimnej fali leżała ta urocza i dobra, co mu z taką wiarą i radością oddawała wtedy serce.
Gdyby upokorzył pychę i dumę, żyłaby teraz szczęśliwa i bezpieczna: on by ją ustrzegł przed rzeką, samby prędzej zginął; uśmiechałaby się do niego, złociła życie, dźwigała w każdej trosce.
Odszedł i Bóg go skarał, zgnębił, nędzę całą ukazał tego tryumfu pychy!...