Kto go teraz dźwignie, uratuje, kto położy ręce na wyjącą, zrozpaczoną duszę i powie: „Pokój tobie!...” Kto?..

Dewajtis stał na polance i płakał po dniach lata. Odleciało odeń świergotliwe ptactwo i rodzina orla rozproszyła się po świecie, a chłody jesieni obrywały liść po liściu z jego szat i rozrzucały po ziemi daleko, jak szmaty złota i purpury.

Na mchy i zeschłe paprocie upadł Marek i zajęczał raz pierwszy od wczoraj, i dąb ucichł w swej żałości i, zda się, spytał go z politowaniem:

— Kto cię skrzywdził, młody, kto?.. Czy ludzie?... Bracia?... Nie płacz, nie tylko dla nich służysz i pracujesz! Źli przeminą, a ty zostaniesz olbrzymem!

Jęk nie ustawał głuchy, przejmujący. Jak robak leżał ten olbrzym i cierpiał.

— Co cię boli, młody, co?... Czy ci ziemię zabrano i dom, i korzenie twe darmo szukają oparcia wyrwane? Co cię boli?...

Ale głosu nie było na wargach zgnębionego i tylko jękiem odpowiadał:

— Nie wstanę już!... Nie wstanę!... Boże, miej zlitowanie!

A drzewo snać pojęło ten jęk, bo poruszyło się aż do szczytu.

— Bóg ma prawo i moc nad tobą! Prawo, jak ojciec! Moc, jak pan! Jeśli on cię dotknął, nie ożyjesz własną wolą! Proś łaski, jak ja Go proszę o wiosnę i słońce, a nigdy mi nie odmówi! A ot zamieram, a wierzę, że zmartwychwstanę! Wierzę, wierzę!...