— Boże, Boże, miej zlitowanie! — powtarzały bezdźwięcznie usta człowiecze.
I umilkło wszystko na chwilę. Dąb stał bez ruchu, posępny, a biedny bohater wił się na ziemi bez głosu, bez siły do skargi nawet.
Nagle w tej ciszy ponurej rozległo się dalekie szczekanie psa. Ozwało się parę razy i po chwili zziajany wpadł Margas na polanę, do nóg pana.
Marek głuchy był na odgłosy zewnętrzne; pies go trącił, zaczął drapać łapą po ramieniu, lizać po rękach, nareszcie usiadł na ziemi przy głowie leżącego i skomlał, i szczekał bez ustanku.
Poruszyło to nareszcie nieszczęśliwego, przypomniało życie. Długi czas minął, jak tu zaszedł; wieczór zapadł. Podniósł się mozolnie, skostniały był od zimna, febra nim trzęsła, głowa tylko pałała żarem.
Obejrzał się, zbierając myśli. Nie pamiętał, gdzie się znajdował; po długiej chwili zaledwie wróciła mu przytomność, spojrzał na psa, jedynego wiernego we wszelkiej doli i niedoli towarzysza.
— Nie ma jej, Margas — szepnął — niczego nie ma! Tylko żyć trzeba, jak?
Pies wspiął mu się na piersi i piszczał, jakby rozumiał, potem odbiegł o parę kroków, obejrzał się i wołał szczekaniem.
Marek się zatrząsł. Czemu on go wzywa? Dokąd chce prowadzić? Może znalazł gdzie w łozie to, czego daremnie szukali, zwłoki?...
Na tę myśl poskoczył naprzód, a pies, rad, że go zrozumiano, ruszył żywo, oglądając się ciągle i skomląc niespokojnie.