Nie nad rzekę go wiódł jednak, ale w głąb dąbrowy, między nieprzebytą gąszcz malin, ożyn, chmielu; zawaloną na pół spróchniałym drzewem, które tu kiedyś, przed laty burza zdruzgotała.
Margas czasem gubił ślad, węszył i zawracał, a Marek szedł, sadząc jak jeleń przez powały, nie dbając o kolące krzaki, co mu szarpały odzienie, kaleczyły ręce. Mrok utrudniał jeszcze bardziej tę drogę.
Margas był brzydki i złośliwy. Nie dał się nikomu dotknąć oprócz pana, bywał często bity i wypędzany i stale głód cierpiał, bo Marek czasu nie miał o nim pomyśleć; nawet Ragis przypisywał mu złe skłonności i oprócz morałów nic mu nigdy nie ofiarowywał. Zwierzę to, chude, o burej, nastroszonej sierści, dziko patrzące, miało jednak dobrą pamięć.
Nie zapomniał drobnych rąk dziewczyny, która, niezrażona jego odstraszającą miną, gładziła niekiedy jego kudły, pełne ostów i pyłu drożnego; pamiętał, że w Poświciu dawała mu chleb i mleko, a kiedyś nakarmiła pasztetem. Margas to wszystko zakarbował w swej wiernej psiej głowie i ślady jej znał dobrze. Toteż, choć błądził w gęstwinie, odnajdywał trop niewidzialny i doprowadził pana, dokąd chciał.
Stanął nagle i z tryumfem zaszczekał, zaglądając do otworu jakiegoś, zakrytego na pół gałęźmi pnących się roślin, wybujałych jak w dziewiczej puszczy.
Marek padł na ziemię, rękami, darł kolące pędy, zdawało mu się, że tam w głębi coś się ozwało, jak słabe stękanie.
Była to zapadlina lochów zamkowych, czarna, głęboka. Mrok gęstniał z każdą chwilą. Wyobraźnia ludu zapełniała te tajemnicze przejścia widmami krzyżaków zabitych, a wiecznie chciwych żmujdzkiej krwi. Nie wiadomo było, jak wysoki był korytarz: mógł mieć na dnie otchłań, zrobioną przed wiekami na pułapkę ścigającym! Stękanie podobne było do żałosnego krzyku czerwonych sów zaludniających zwaliska.
Wszystko to z szybkością błyskawicy przemknęło w myśli Marka, gdy rozszerzał otwór; ale nie powstrzymało go ani na chwilę.
Miał na sobie pasek długi, rzemienny. Drżącymi rękami umocował go do zwalonego korzenia, rosnącego tuż nad czarną otchłanią, drugi koniec okręcił około ręki, przeżegnał się i zniknął pod ziemią. Spadł na kupę gruzów, kamieni śliskich i zgniłych liści; znalazł się w zupełnej ciemności, nad głową jego siwiało ledwie niebo i rysował się kontur głowy Margasa, w prawo i w lewo wąski, wysoki korytarz.
Jęk czy stękanie ucichło i znowu go ogarnęła rozpacz. Ten głos było to złudzenie rozdrażnionych nerwów. Strachu on nie znał, ale podniecenie chwilowe go opadło. Czego on tu przyszedł? Pies może zwęszył borsuka? Skąd mógł sądzić, że znajdzie w tej gąszczy odludnej zwłoki swej ukochanej? Oszalał chyba!