Potem nie mówili nic więcej. On może karał siebie za ten brak woli i sił, ona uśmiechała się z głową na jego ramieniu i marzyła, nie troszcząc się o drogę, o ból nogi, o noc ponurą wokoło. Nie skarżyła się na chłód nawet.
Nagle ocknęła się, bo on stanął.
— Gdzie my jesteśmy? — spytała obojętnie.
— Nad rzeką! Muszę tu panią zostawić i poszukać na wybrzeżu czółna. Nie boi się pani?
— Ja się niczego nie boję. Alboż pan nie ze mną, blisko? Proszę mnie położyć pod drzewem i zostawić mi naszego psa. Będę czekać cierpliwie.
Umieścił ją troskliwie, a sam pobiegł kłusem. Nie upłynęło kilka minut, zapluskało wiosło. Rzeka ich porwała i poniosła w stronę Poświcia.
W parku wziął ją znowu na ręce. We dworze nie spano. Sawgard ze służbą płakali w oficynie, po dziedzińcu snuli się ludzie, wzburzeni wypadkiem. Raptem, wśród tych szeptów głuchej nocy i snujących się postaci, zabrzmiał jak trąba anielska donośny głos Czertwana:
— Ludzie! Otwierać dom! Gdzie Sawgard?
— Jezu Nazareński, panienka! — zawrzeszczał dzikim głosem pierwszy, co się zbliżył.
Powstał zgiełk nie do opisania. Zawrzało, jak w kotle. Potracili wszyscy głowy. Filemon biegał jak młody, Sawgard to śmiał się, to szlochał.