Krzyżowało się tysiące zapytań, opowiadań, rad, wykrzykników. Znosił każdy jadło, napoje, drzewo do komina, bandaże, szarpie, cudowne odwary, a wśród tego Irenka się śmiała uszczęśliwiona, wzruszona tą troskliwością, a Marek patrzał w nią jak w słońce i promieniał.

— Na to zwichnięcie nikt nie pomoże bez mojej ciotki — rzekł wreszcie. — Niech Justka ułoży panienkę, a ja pobiegnę do domu i ciotkę przyślę.

— Chwilę jeszcze — zaprotestowała Irenka. — Założą konie dla pana, a tymczasem spożyjemy we dwoje swą zaręczynową ucztę.

W pół godziny potem pędził Marek, co koń wyskoczy, na plebanię. I tam czuwano jeszcze, bo się zaczynano o niego niepokoić, i Rymko właśnie z Grenisem mieli iść na poszukiwania.

Wpadł do stancji jak burza.

— Dobry wieczór! — pozdrowił wesoło.

Struchleli! Na myśl im przyszło, że oszalał...

— Żyje panna Orwidówna! — zawołał, chyląc im się do rąk.

— Matko cudowna! — krzyknął Ragis, wytrzeszczając oczy. — A ty ją gdzie wynalazłeś? I po co my się tyle nagryźli?...

— W lochy wpadła przypadkiem, tam, w jeżynowym gąszczu.