— To zawsze tak z łakomstwa. Ma się rozumieć: „Chciało się Zosi jagódek!” A tu jegomość o mszy żałobnej rozmyślał! Skaranie Boże z dziećmi i kobietami.
— Chwała cudownej Panience! — rzekła panna Aneta. — A czy zdrowa biedaczka? Tyle godzin strachu o głodzie i chłodzie!
— Nogę zwichnęła, padając w korytarzu.
Panna Aneta, nie słuchając dalej, podreptała do krzesła, gdzie leżała jej jubka watowana. Marek szedł za nią, nie rozumiejąc, czego szuka.
— Jeżeli łaska cioci, proszę obejrzeć owo kalectwo i poradzić cokolwiek.
— Zaraz, Mareczku, zaraz, tylko się ubiorę cieplej i z kuferka wyjmę garść ziółek. Konika mi dasz — mówiła, odziewając się żywo.
— Dziękuję cioci stokrotnie. Ja bym jeszcze o coś cioci prosił...
— Może chcesz, żebym przy niej została, nim wyzdrowieje?...
— Ona nie śmie cioci o to prosić, ale tak by rada. Samiutka w domu sierota.
— Czemu nie śmie? Toć szczęście komu usłużyć. Zostanę, Mareczku, zostanę, nie turbuj się. Tylko przez to moją robotę w ogródku opuszczę, ale to nic, odrobię wiosną. Bądź spokojny; jeśli Bóg da, że dożyję, to nasadzę jeszcze, nahoduję ci ogródek. A gdzie ten konik? Bo do chorego nie godzi się zwlekać. Jużem gotowa!