— Czekają na ciocię konie poświckie. Dziękuję z całego serca!
— Moje dziecko, bądź zdrowe. W sypialni księdza przygotowałam ci bieliznę i odzienie. Dobrodzieje moi, nakarmijcie172 go, ogrzejcie! Pochwalony Jezus!
Marek wsadził ją do powozu i pożegnał błogosławieństwem.
Gdy wrócił, Ragis zajrzał mu w twarz i głową pokręcił.
— Coś ty, chłopcze, taki ładny raptem się zrobił? — spytał, mrużąc oczki.
— Więc do dzisiaj byłem brzydki? — odparł młody, a zęby mu błysnęły w uśmiechu.
— At, nie brzydki, ale jakiś nieosobliwy. Nieprawda, dobrodzieju?
— A prawda, prawda! — potakiwał ksiądz, niosąc własnoręcznie kubek miodu i pełną butelkę.
Młody przyjął podany sobie napój i wychylił duszkiem. Przy tym ruchu błysnęło na jego palcu coś, czego także wczoraj nie było.
— A to co? — krzyknął Ragis, chwytając go za rękę. — A ty skąd porwałeś orwidowski sygnet, ty nic dobrego?!