— Nigdzie nie porwałem — odparł swobodnie — połowę zostawił mi ojciec w spuściźnie, a połowę dostałem z Ameryki.
— Aha, ma się rozumieć: Orwidów klejnot: panna na niedźwiedziu. To dla ciebie stworzone, ty burczymucho! Widzi dobrodziej?
— Widzę, widzę! A prędko dasz na zapowiedzi? Co?
— Prędko!... — rzekł z uśmiechem, czerwieniejąc cały.
— Ot, tobie! Z proboszczowej opłakanej mszy żałobnej wyniknie Veni creator173. Gdzie moja noga? Gwałtu! Kto beze mnie tańcami pokieruje? I wierz tu w czyją śmierć! Bóg dobry nad nami!
— Niech mu będzie chwała! — wyszeptał Marek.
— A co? Bardzo ci teraz szkoda Marty? — zauważył Ragis, zacierając ręce. — Wojnat piorunował, że cię zgubi, a sam zmarniał, nieborak. Tak to zawsze bywa, gdy kto się porywa, na tego, którego ja do chrztu trzymałem! Oho, ho! Ma się rozumieć! Za rok do Skomontów wrócimy z młodą panią.
Marek wyprostował się, oczy mu się zaiskrzyły.
— Mówiłem ojcu kiedyś, że Żemajtis zawsze ostoi, a wyście mi ducha odbierali. Pamiętacie?
— Gadałem, synku, żebyś gorzej nie uwiązł. Ho, ho! Podlewałem ci oliwy! A bajeczkę o Wejdawucie kto opowiadał? My z czarną Julką wiedzieli, jak trawa rośnie. Ma się rozumieć. Dopomagałem, ile mocy, bo mi twoja panna strasznie przypadła do gustu. Dobra dusza, słowo daję. Jeża mi podarowała, a jaki zmyślny! Szpileczką go nazwałem dla odmiany.