— Ragis, ja wam całe życie powtarzam, że zbytnio się lubujecie w zwierzętach — upominał proboszcz, grożąc palcem.
— Dobrodziej bo mi nigdy nie pozwoli się wygadać! Ja jeszcze dobrodzieja przekonam... — wołał stary, zapalając się do długiej dysputy.
— Nie gadaj, Ragis, nie gadaj! — bronił się ksiądz, zatykając uszy.
Tej nocy nic już Markowi nie przerywało snu, a nazajutrz rano Ragis długo trząsł go za ramię, nim zbudził...
— A to, synku, zapomniałeś, że ci przybył jeszcze jeden obowiązek? — krzyczał. — Wstawaj, no wstawaj! Przyszli już po ciebie z Powicia, niby to panna Aneta. Uhm! Ma się rozumieć, panna Aneta, jakby ona kiedy odważyła się ciebie turbować! Oblecz godowe szaty i marsz!
Czertwan porwał się jak oparzony, ubrał w minutę i ruszył prędko, a kaleka pokulał w stronę zaścianka, pykając fajkę i monologując pod nosem:
— Ho, ho! Ma się rozumieć! Czwałem174 na pozycję! Dobrze go wymustrowała175 i szybko! Już jak mnie dziewczęta opadną po lubczyk, słowo daję, odeślę do Poświcia. Jeśli mego chłopca tak oswoiła, to na świecie nie ma większej czarodziejki.
Zamyślił się, pokiwał głową, pokręcił wąsy i zanucił:
Była babuleńka rodu bogatego,
Miała koziołeczka bardzo upartego...