Kobieta opuściła łyżkę i poczciwa, stara twarz panny Anety Czertwanówny zwróciła się do okna.
— Kogo szukasz, moje dzieciątko? — spytała niespokojnie.
Ciemna głowa Irenki przechyliła się dalej do środka, oparła oburącz na krawędzi okna i zaśmiała się do staruszki blaskami piwnych oczu, białymi ząbkami, koralem świeżych ust. Śliczna była w tej jasności słońca i wyrazu twarzy.
— Kogo? Cioci, naturalnie! Jedynej, wiernej towarzyszki! Jestem tu od rana jak zaklęta królewna. Opuścił mnie mąż, Julka Nerpalis, nareszcie Marwitz. Załatwiłam swe roboty i szukam cioci wszędzie. Czy to dla naszych gości ten specjał?
— Za godzinę wrócą, moja śliczna! Na dworze upał i kurz. Niech się ochłodzą jagodami. Może i tobie, moja złota, podać?
— I owszem, ciociu, bo i ja się dość nałykałam kurzu. Byłam w trzech folwarkach. Ten nieznośny Marek siedzi sobie w Kownie i ani dba, że tu potrzebny. Zostawił mi cały kłopot i rad. Ani pomyśli, że na moją głowę dość jednego Clarka z nieustannym lamentem i przypuszczeniami różnych nieszczęść.
— Nierad on siedzi, moja duszko, cóż gdy trzeba? Ale mi dziś kabała177 powiedziała, że rychło wróci. Proszę malinek, niech smakują.
— Dziękuję cioci. Podobno nasz czarodziej niezdrów? Wyprawiłam Clarka, żeby go odwiedził.
— Najgorsza choroba nasza — starość. Czego toby się nie zrobiło, żeby się miało młode ręce, nogi i głowę? Stara się człowiek, stara, i zawsze mało.
— Czyż ciocia jeszcze mało robi albo nasz Ragis poczciwy? Ciekawam, kto by mógł więcej?