— Moje dzieciątko! To twoja dobroć tak mówi tylko, ale co prawda, to prawda. Daje wam Bóg za to swą łaskę i dawać będzie. Idźcie, pszczółki, idźcie na boży świat, bo okienko zamknę.
— Gdzież to ciocia znowu się wybiera i mnie wyprawia razem ze pszczółkami?
— Pójdę, moja duszeczko, do ogrodu, do maku. Siaki taki grosz się tam zbierze dla Marka na tytoń, a potem na wieś zajrzę, bo dziatwa bardzo na koklusz choruje. Jest i na to ziółko przy bożej pomocy.
Irenka chciała coś mówić jeszcze, gdy wtem turkot rozległ się na drodze.
Nadstawiła ucha i zarumieniła się radosną nadzieją.
— Może on? — szepnęła do siebie, odchodząc szybko w stronę ganku.
— Pewnie Clarke — dodała o wiele spokojniej, słysząc, że hałas to był powozu, a nie pocztowej bryczki.
Zahuczały koła na kamieniach podjazdu i ucichły.
— Pewnie goście! — westchnęła Irenka. — Będzie pusta rozmowa, ciekawe spojrzenia i w rezultacie plotki... Nic się nie dziwię, że Marek tak nie lubi etykietalnych wizyt!
Weszła na ganek ogrodowy i rzuciła z niechęcią na stół kapelusz i rękawiczki.