Podczas tej rozmowy słychać było kroki na żwirze ogrodowej ulicy i dwa głosy: dyszkancik kobiecy i bas męski. Zbliżały się one do ganku i przy ostatnich słowach pani Czertwan uchyliły się drzwi salonu, a w progu stanął tak oczekiwany pan i gospodarz.
— Nareszcie! — zawołała Irenka, porywając się z miejsca. — Skąd się tu wziąłeś pieszo?
— Dobry wieczór! Dowiedziałem się po drodze, że chrzestny chory, więc ruszyłem wprost do zaścianka. Wracałem przez rzekę.
— Przez Dewajte — poprawiła.
— Niech i tak będzie. Odwiedziłem starego druha.
Ucałował jej obie rączki długo i serdecznie. Powitali się gorącym spojrzeniem i uśmiechem szczęścia. Potem, nie okazując zdziwienia, skłonił się nisko macosze i przywitał swobodnie resztę towarzystwa.
— Jakże stoją sprawy Kazimierza? — zapytała pani Czertwan.
— Wczoraj odbyły się jego zaręczyny. Miał ze mną jechać, ale ponieważ zwlekał z dnia na dzień, a ja nie chciałem czekać, został, obiecując odwiedzić matkę wkrótce. Zupełnie zadowolony ze swego przedsięwzięcia i zamiarów. Marwitz, mam tu dla ciebie list i depeszę — dodał, zwracając się do Amerykanina.
— Żorż czeka! — zaśmiała się Irenka.
— Niech czeka! — zadecydował spokojnie Marwitz, chowając obie koperty do kieszeni.