— Jeszcze dwa tygodnie zatem — zauważyła z ubolewaniem. — Pan się znudzi okropnie na Żmujdzi.

— Ja? Znudzę się? — zawołał, otwierając szeroko swe blade oczy. — A te panie? A rybołówstwo? Ja się tu okropnie bawię!

Irenka wmieszała się do rozmowy:

— Niedługo już, Clarke, tej okropnej zabawy! Lada dzień Żorż zawinie ze swą „Hero’’ do Libawy i porwie cię po woli czy nie po woli do ojca. I słusznie: ja gotowam nawet dopomóc mu ze swej strony.

— Ty wiesz, Iry, że nie pojadę — odparł ze swym spokojnym uporem.

— Co się ma stać naszemu koledze? — spytała Julka. — Któż to dybie na jego swobodę?

— Rodzony brat, z polecenia ojca.

— Czego oni chcą ode mnie? — zamruczał Amerykanin. — Żorż sobie wróci, jak przyjechał. Ja miłuję nade wszystko spokój.

— A robisz burzę w rodzinie!... — zaśmiała się Irenka.

— Niepodobne to do pana Marwitza — wtrąciła pani Czertwan.