— Źle! — zaczął Ragis. — Oj, źle! Na co ci przyszło! Drugie dziesięć lat minie na darmo, a potem starość i koniec. Nic nie zdobędziesz i nic nie posiądziesz, a co masz, stracisz! I na co tak? Tamci nie wrócą.
— Kto wie? — zamruczał Marek.
— Każdy wie. Skąd by się wzięli po tylu latach? Spadek, jak miód, wnet go za ścianą mucha poczuje! Oni pomarli!
— Może! Trza czekać!
— Ot głupiś! — stary splunął. — Przez to czekanie stracisz Skomonty, Martę, dolę, zdrowie i młodość. Coś ty dobrego miał kiedy w życiu? Na co ci się zdała ta praca i troska od wyrostka, od berbecia już. Nic nie masz, won wypędzili jak przybłędę i nawet się skarżyć nie umiesz.
— Nie umiem! — potwierdził Marek, wstając. — I na co skarga?
Urwał, pomyślał chwilę, objął wzrokiem dębowe konary i dodał po żmujdzku starodawne, typowe przysłowie:
— Czy się stanie, co ma stać, czy nie stanie, žemaitis zawsze zostanie.
Ragis podniósł się także i głową pokręcił.
— Po zbiegu ślad stóp, po pozostałym ślad krwi — zamruczał ponuro.