Po tej zamianie przysłów nie mówili z sobą nic więcej. Przerznęli ukośnie polanę, stromą ścieżyną zeszli nad brzeg rzeki. Łódka czekała, uwiązana u pnia olszyny, przewoźnik drzemał w głębi.
— Bywajcież zdrowi, ojcze Rymko — rzekł Marek, pochylając się do ręki starego — dziękuję wam za wszystko dobre!
— Z Bogiem, synku, szczęśliwie! — szepnął Ragis głucho.
Młody odwiązał czółno, nie budząc chłopa, i wziął wiosło w ręce.
Po chwili Dubissa porwała drobną łódkę i odrzuciła ją o kilka sążni od brzegu. Stary oparł się na kiju i patrzał za nią.
Olbrzymia postać wioślarza czerniała na wodzie. Stał z odkrytą głową i patrzał wyżej głowy Rymki, na szczyty dąbrowy.
Żegnał ją ostatnią myślą i spojrzeniem.
Potem malał, czerniał jak punkt niewyraźny, aż wreszcie stopił się w mroku i zniknął.
Kaleka czekał chwil kilka, wreszcie strzelbę zdjął z pleców i wypalił w powietrze.
Po małej przerwie za wodą zaświeciło coś i huk się rozległ, a potem, stłumione szumem rzeki, szczekanie psa. Był to Margas na drugim brzegu, w poświckim parku.