„Sub Tuum praesidium confugimus, Sancta Dei Genetrix37”
I starej stajni nie było, i mieszkanie Ragisa leżało w ruinie. Na tym miejscu tłum robotników Łotwy stawiał nową murowaną budowlę.
Pierwszą osobą, którą Marek ujrzał, była staruszka sucha i trochę przygarbiona, szukająca czegoś pilnie na trawniku przed domem.
Podniosła się żywo i szła ku niemu, z daleka kiwając głową.
Przywiązał klacz i z odkrytą głową zbliżył się do niej:
— Jakże cioci zdrowie? — spytał i chciał pocałować w rękę, ale ją usunęła przestraszona, spoglądając trwożnie w okna domu.
— Dziękuję, Marku, dziękuję. A tobie jak się powodzi? Za rzeką mieszkasz, a mnie się zdaje, że we Włoszech, czy Patagonii. Ani wieści...
— Bo ciocia nie była ciekawa.
— Ej, jak to? Ale cóż poradzę? Piechotą nie zajdę, a koni nie dadzą. Ot, stary grzyb ze mnie! Trzeba siedzieć cicho, by kto nogą nie potrącił. Raz byłam w twojej dąbrowie po zioła w dzień świętego Jakuba. Daleko, ledwie wróciłam! Możeś nie rad, że tam chodzę? Ale bo widzisz takiego biedrzeńcu, jak tam, nigdzie nie ma, i brunetka ślicznie kwitnie, bo nikt nie psuje kosą!
Mówiła cicho, jakaś zalękła. Oczy jej szare czerwone były i załzawione, może od wieku i szycia po nocach.