Zmieniła się bardzo. Młodą jej Marek nie pamiętał, ale za życia ojca ruszała się żywo, zajmowała ogrodem, pszczołami, opatrznością była chorych i ubogich, nie zamąciła nigdy wody nikomu, a winę każdą gotowa była na siebie wziąć, byle nie karano Hanki i Wicia. Była to skarbnica gospodarskich przepisów: nie było rzeczy w kuchni i śpiżarni, której by zrobić nie umiała, czas swój miała zawsze na usługi potrzebującego wyręczenia. Teraz wyglądała o lata starsza, przygnębiona i — pomimo wrodzonej słodyczy i delikatności — z wyrazem żalu na pomarszczonej twarzy.
— Ciocia coś na oczy niedomaga? — zagadnął Marek z mimowolnym współczuciem.
— At! Starość! Coś łzami zachodzą często. Ścieg stawiam nierówny! Ale ziółka przykładam; przejdzie, przejdzie! To nic!
— Niechby ciocia nie szyła.
— Jakże? Znasz przysłowie nasze: chleb płacze, gdy go darmo jedzą! Nie daj, Boże, by nade mną płakali!
Starała się uśmiechnąć, ale skrzywiła się tylko i pochyliła po badyl jakiś na ziemię. Gdy podniosła głowę, oczy były jeszcze czerwieńsze, a łzy biegły po zmarszczkach oblicza.
Wówczas żal Marka chwycił okropny. Przyjechał z urazą śmiertelną do nich wszystkich na krzywdę jednych, obojętność drugich, ale widok łez starowiny, rodzonej siostry ojca, przemógł nawet jego twardą naturę.
— Może cioci źle, broń Boże? — zaczął.
Potrząsnęła głową, ale on mówił dalej:
— Ja się nie pytam, ciociu, wiem, że wam zawsze dobrze, ale tylko proszę pamiętać, że w mojej chacie w Saudwilach jest zawsze dla was miejsce! Dziś stancję oporządzę, nie pałac to, ale spokojna nora, która dla was będzie stać gotowa! Ot, wy wiecie, że ja gadać nie umiem, ale nie płaczcie, bo mnie ojciec przeklnie z nieba, żem dopuścił...