— Co ty gadasz? — szepnęła przez łzy — Bóg cię pobłogosławi; ty Ragisa wziąłeś, a on nie płacze! I mnie dobrze! To tak sobie! Ojca mi przypomniałeś, boś z twarzy jego żywy obraz, to i żal ogarnął! Oni wszyscy dobrzy! Daj im, Boże, szczęście!
Zamilkli. Staruszka obejrzała się trwożnie i rzekła:
— Żebyś się nie gniewał, to ci powiem, że byłam ukradkiem u ciebie. Do starego Wojnara mnie zawieźli, bo chory był na tyfus, Ragis z Grenisem byli na łące, więc się ośmieliłam i obeszłam twoją zagrodę. Jak tam ładnie! Żeby ogródek i pszczoły!
Rozjaśniła jej się twarz, wahająco spojrzała w górę na ponurego olbrzyma.
— Ty nie żartujesz o tej stancyjce? Mnie byle kącik. Ale może Ragis będzie nierad, i tobie niepotrzebny ciężar! Parę lat w spokoju, tobym się jeszcze na coś zdała, ale potem...
— Kiedy ciocia każe koniom przyjść? — zagadnął.
— Ja sama nie wiem! Brat kazał w Skomontach zostać, ale mnie tutaj nie potrzebują. Jeśli twoja łaska...
— Jutro każę Grenisowi przyjechać. To ja cioci dziękuję za łaskę. Wiem, że wy pod dachem to skarb!
— Ej, nie gadaj! Pszczółek ci nahoduję, bo one mnie lubią, na leki lnu trochę zbiorę, w ogródku na jesieni pogrzebię, ot i wszystko. Kiedy twoja wola i ochota, to zabierz sobie grata.
— Dziękuję cioci!