Staruszka otarła łzy ostatnie i zatrzymała jego rękę.
— Czy Hankę widziałeś? — zagadnęła żywo.
— Jeszcze nie, i rad bym z nią pomówić, nim pójdę do macochy.
— To dobrze, dobrze! Bóg cię nam zesłał! Bo to widzisz... Ale co ja mam gadać! Przyślę ją, tylko nie patrz na nią surowo, bo się biedaczka okropnie ciebie boi.
— Nie ma czego! — odparł.
Panna Aneta Czertwan podreptała w głąb, a on klaczy rozluźnił popręgi i czekał, widząc, że wizyta się przedłuża.
Po chwili z ogrodowej furtki wyszła blada dziewczyna w żałobie.
Im bliżej strasznego brata, tym postępowała wolniej. Zbliżył się on o kilka kroków i z niebywałą serdecznością objął ją w pół i pocałował.
Wtedy dopiero podniosła nań swe śliczne czarne oczy i rzekła smutno:
— Ja wiem, żeś ty gniewny na nas — i słusznie!