— Nie o to chodzi! Ja nie obwiniam, a ty się nie tłumacz.
Będzie na to czas. Śpieszno mi wracać i gadać nie lubię! Spotkałem pannę Julię Nerpalis i wiem, czego ci trzeba. Czy zgadzasz się na moją opiekę?
— Na wszystko, Marku! Oddaję ci Budrajcie i pieniądze, rób z tym, co chcesz, tylko mi dopomóż do wyjazdu. Wierzę ci nieograniczenie!
— Dobrze! Pójdę do matki i jeśli co zrobię, to pojadę prosto na plebanię. Będziesz na mnie czekać?
— Będę! Dziękuję ci stokrotnie.
— Nie ma jeszcze za co. Gdzie matka?
— Na ganku ogrodowym. Słyszała, żeś przyjechał, i czeka.
Pani Czertwan, od chwili wyprawienia posłańca do pasierba, była w ciągłym niepokoju. Rozmyślała, czy przyjedzie lub nie, co mu powie, jaką odbierze odpowiedź, układała brzmiące frazesy, miała nawet w zapasie przebaczenie i łaskawy powrót do jej salonów.
Szczęściem dnia tego nie było gości, mogła spokojnie fantazjować.
Na odgłos jego kroków powstała żywo i podeszła na spotkanie.