— Aha! Szkoda chłopca! Dawno wróciliście?
— Będzie dwie godziny.
— Dobrze trafiłem! Chodźmy!
Zawrócił i pokulał za wrota, kiwnąwszy głową dziewczynie. Gdy się obejrzał na drodze, młodzi szli za nim powoli; gdy minął rozdroże, naznaczone kapliczką i krzyżem, ona została pod Bożą męką8, strojąc ją w kwiaty, a on kroku przyśpieszył i wnet się zrównał z kaleką.
Główną drogę zostawili na prawo, ścieżką przez łąki nadrzeczne szli w kierunku dąbrowy i milczeli długą chwilę, jakby się wczoraj rozstali.
A jednak mijało trzy tygodnie, jak Marek Czertwan poszedł do Prus z partią opasów9 na sprzedaż i wracał zaledwie.
Żmujdzin10 nie lubi zaczynać rozmowy, ciekawy nie jest — on patrzy, słucha i... milczy.
Z dala dąbrowa wyciągała do nich jakby ramiona, czarnym cieniem zabiegając drogę: chodziły po niej szmery różne i szelesty tajemnicze.
Z łąki weszli w gąszcz jeżyn, jesionów karłowatych i dzikich róż; potem wielkie dęby otoczyły ich, szli po miękkim mchu i paprociach, gdy stary ozwał się wreszcie pierwszy smutnym, zgnębionym głosem:
— Ze złą wieścią spotykam ciebie, Marku!