Miał w głowie natłok planów, cyfr, dat. Czasami, jak swawolny chochlik, poważne to zgromadzenie mieszała i gmatwała gorąca fala młodej krwi.
Trzy miesiące nie widział Marty. Zmusił się do tego, żeby gwałt zadać tęsknocie i nudzie, co go opanowała w Poświciu; dziś rano nie widział jej, ale teraz zobaczy. Przez gąszcz wiśniowy o zmroku uścisną dłonie i pogwarzą. Miał prawo dogodzić sobie choć raz, choć chwil kilka!
Nie kwapił się38 też. Czekał wieczora, zajechał na Żwirble, obejrzał puste pole i łąki kawał, obliczył dochód i wartość, na przełaj, polem, dojechał na pastwisko zaściankowe.
Wierny Grenis już tam był, zajadając kawał sera i miłośnie patrząc na swe szkapy, pasące się opodal. Uwolnił pana od Białki, mrucząc po żmujdzku i krytykując długą jazdę. Marek piechotą, ogrodami dobrał się do osady.
Zmrok padał i chłodno było, choć pogodnie. Jesień ogołociła już trochę sadu, ale wiśnie, choć zwarzone w połowie, otulały jeszcze gęsto Wojnatową zagrodę.
Z daleka doleciał uszu Marka głos męski, śpiewający tęskną piosnkę, i tony skrzypków wtórujące z cicha.
Przystanął zdziwiony, a w tejże chwili śpiew i muzyka ucichła, a natomiast usłyszał głos Marty:
— Czemu to pan Łukasz zawsze smutne gra pieśni, że aż na płacz się zbiera?
— Taka dola, moja panno Marto: ani ja komu miły, ani kogo swego mam na świecie! Od dziecka smutek mnie tłoczy. Takie Boże sądzenie! Nie lubią mnie ludzie, w chacie nie ma do kogo zagadać, a do czego się wezmę, to mi idzie jak z kamienia39. Śpiewam smutno, bo mi trochę lżej, choć wiatrom się poskarżę na swe troski.
— Biedny pan Łukasz! — westchnęła dziewczyna płaczliwym tonem.