Blada dziewczynka złożyła ręce, jak do modlitwy, i, łzawo patrząc w jego oczy, wymówiła serdecznie:
— Jakiś ty dobry, jakiś dobry... Czym ja ci się wywdzięczę?
— Byle nie medycyną w przyszłości! — żartowała Julka.
Spojrzał na nią poważnie i długo.
— Odwdzięczysz się, jeśli nauki swej nie wywieziesz za kraj, ale tu, w nim i dla niego będziesz pracowała, nie sławnie, ale z sił całych! — rzekł.
— Wrócę, Marku, i będę pracowała! O! dziękuję ci raz jeszcze!
— Może pan wstąpi na plebanię? Stryja nie ma, wyjechał do chorego! Opowiemy panu nasze projekty! — prosiła wesoło panna Julia.
Dał się namówić. Zgłodniałą Białkę wziął w opiekę parobek księdza, stary sługa kościelny podał im skromny obiad. Parę godzin przeszło niespostrzeżenie, nim się zdecydowali rozstać.
Panienki pieszo pobiegły do Skomontów, on zawrócił do zaścianka stępo, jako człowiek, który myśli, lub marzy.
Postawił pierwszy krok na ciernistej ścieżynie, którą sobie za drogę i cel założył. Przyszli po niego ze Skomontów prędzej, niż się spodziewał, i będą już coraz częściej kołatali. Potrzebują pieniędzy, a on je musi mieć i będzie dawał! Był to dlań pierwszy dzień radosny.