— Nie gniewasz się na mnie? Pozwalasz? — pytał prosząco Gral.

— Tyś prawy, Łukaszu. Idź z Bogiem! — zamruczał olbrzym.

Okienko chaty otworzyło się, wyjrzała uśmiechnięta twarz Ragisa.

Wystawił na powietrze klatkę z ptakami, obejrzał rozmawiających i zaśpiewał:

Aż tam bieży panna, panna, towarzyszu mój!

Puszczaj charta ze smyczy,

Niechaj pannę pochwyci,

Towarzyszu mój! Towarzyszu mój!

Zaścianek już wstawał do życia. Gral wyciągnął rękę do rywala, uścisnął podaną dłoń i wyszedł zgarbiony, pokorny.

Gdy Marek się obrócił, nikt by nie poznał, że przed chwilą stracił to jedno, jedyne, co w życiu posiadał osobiście, wyłącznie dla siebie.