A o Orwidach tymczasem nie było żadnej wieści. Stary Jezwigło rozpisał wezwania po gazetach, Hanka, na zlecenie Marka uczyniła to samo w Paryżu, on pisał do Kazimierza, prosząc o zasięgnięcie języka na Wschodzie — wszystko daremnie! Po złote runo w zakątku Żmujdzi nikt nie przybywał.

Czas się wlókł ciężko dla biednego administratora tych bezpańskich skarbów. Niekiedy, gdy patrzał na pełne gumna i stada bydła, i złoto płynące falą do jego biura, opadała go rozpacz. Dla kogo to i po co?

To znów, gdy spojrzał na pałac osamotniony, pełen cennych zabytków, gotów w każdej chwili na przyjęcie tych, którzy może nie istnieli już, gorzko się uśmiechał.

A wreszcie, gdy sam wracał do oficyny, zmęczony, przeziębły i głodny, z długiej kontroli folwarków, opadała go szalona apatia i wściekłość. I pytał się po raz setny: dla kogo to i po co?

Tysiąc mniej lub więcej dla tych umarłych co znaczy?

Po co czekać dziewięć lat jeszcze bez żadnego skutku, po co się zamęczać?

Wtedy zwykle wybierał się do Saudwilów pofolgować sobie, wypocząć we własnej zagrodzie...

I jechał, daleko nadkładając drogi, na prom za Jurgiszkami.

Nigdy doń się nie dobrał. Po drodze myślał, wspominał ojca, kawał sygnetu na piersi i ten napis na nim ledwie czytelny:

Judica me Deus et discerne causam meam...