— Przyjechał — powtórzył Marek posępnie — ziemi dochodzi i pieniędzy. A jaki, zobaczycie sami. Ja nie poznałem.
— Czemuś go nie przywiózł? — spytali oboje razem.
— A jak? Kiedy spał. Wypił za wiele. Nie zrozumielibyście, co gada!
Zamilkli wszyscy troje owym ciężkim milczeniem, co kryje zgrozę, ból i często serdeczne łzy. Jedzenie stało nietknięte, ognia nikt nie podsycał.
— Biedne dzieciątko — szepnęła staruszka i dodała coś niewyraźnie, może modlitwę.
Ragis brodę podparł pięścią i gryzł wąsy, wreszcie wzdrygnął się cały.
— Cóż będzie z tego? — spytał głucho. — Zostanie tu czy wróci?
— Bóg wie — zamruczał Marek.
Panna Aneta założyła ręce, wzrok zwróciła na obrazek ostrobramski nad swym posłaniem. Łzy jej tamowały mowę:
— Matko Najświętsza! Przemów mu rodzoną mową do serca! Daj mu opanowanie, by nie odchodził już od nas! Tyś cudowna!