W saniach szeroko zajęła miejsce watowana spódnica Kazimierza.
— Postój! Postój! — zaczął krzyczeć. — A gdzie to, duszeczka?
— Do Saudwilów! — odparł Marek, stając.
— Tak ja z tobą... Ot dobrze wyszło, że ciebie spotkałem.
Przeniósł śpiesznie swą osobę na jednokonkę, forsownie ratując wojłoki ze śniegu. Ruszyli w stronę zaścianka.
Marek, wedle swego zwyczaju, o nic nie pytał, choć może raz pierwszy w życiu był czegoś ciekawy.
— A ja do ciebie jechałem — zaczął Kazimierz — czas wracać. Zasiedziałem się nad miarę. Gościli i poili, ale nie stoi siedzieć bez potrzeby. Mamińka dała pud wędliny i jabłecznego sera. Biedna ona. Ciężko jej...
— Toż jest Witold... — wtrącił Marek.
— Co, on? Niedorośl! Piwo szumi jeszcze! A jej cały kłopot — wyrzekł dobrodusznie Kazimierz i westchnął.
— Jak ja się obejrzał, tak i nic nie mówił o tym spadku. Po co dogryzać biedną kobietę? A ona, duszeczka, sama zaczęła ze łzami: „Ojciec dał Ejniki, to je weź sobie, mileńki. A pieniędzy to nie ma. Chorowałam, wzięła apteka”. Święta kobieta! Dobyła z kufra precjozy swoje i oddawała mnie na zastaw swoje ostatki. Aż mnie coś zaczęło klukać w sercu. Ledwie ubłagałem, żeby to przyjęła ode mnie na podarunek. Bo i cóż, miły brat? Albo to mi życie te 5000 rubli, albo matczyne szafiry i perły? Żonki nie mam, a Cygance dać niepięknie. Ot, wędliny to przyjąłem, bo to zakąska rzadka. Będzie czym druhów potraktować, jak wrócę.