— Hatora, chcesz „bambołę”? — zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę34 na rzemieniu.

Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę.

— Nie! — Hatora nie lubiła „bamboły”.

Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się go pozbyć, zedrzeć z siebie w gąszczach obmierzłego stracha.

Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy — rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: „Mord, mord”. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie „bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk i wody — w nieograniczonej swobodzie.

Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcucha w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.

— Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! — komenderował Rosomak, wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wozie kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora węszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec.

— Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło — rzekł Pantera. — Nie wytrzymam, tak pachnie.

Sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon35 odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki.

— Aha, wódz kazał zaprzęgać! — przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.