Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem niekierowana poszła ku wozowi.
Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem36, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta37.
— Nie zezuj na ładunek! — rzekł Pantera. — Wiemy, żeś źrebna; w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble38! — Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami.
— Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe. Szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerz39.
Rosomak tymczasem miał kram z domownikami. Tupcio i Kuba, jeż i wiewiór, byli szczytem sprzeczności obyczajów i upodobań.
Mało się znali, ale dość, by się nienawidzić — chociażby dlatego, że jeden drugiemu nie dawał spać.
W nocy Tupcio bezustannym dreptaniem płoszył Kubę, tak że wyprowadzony z równowagi wysadzał pyszczek z gniazda na piecu i wymyślał.
— Czołgaczu plugawy, zjadaczu stonóg, pantoflarzu obmierzły, bodajżeś się żabą udławił. Oka zmrużyć nie daje ten robaczarz!
W dzień Kuba, szperając po kątach, zaglądał i za poręcz kanapy; wtykał tam orzechy, które spadały na śpiącego Tupcia, tak że się budził i fukał rozsierdzony.
— Hecarz, sowizdrzał40, błazen, ryże straszydło, ptasie pośmiewisko! Bodaj ci żywica ogon do nosa przylepiła, bodaj ci się gęba na zębach nie zamykała!