Całą zimę warchoł41 trwał, a jeśli mieli kiedyś coś wspólnego, to tylko nienawiść dla taksicy42 Dziamdzi. Ta wprawdzie mieszkała w stajni, ale wpadała kiedy niekiedy — wszędzie węsząca, wszystko pędząca, wrzaskliwa i dokuczliwa nad wszelki wyraz.
Było to zatrucie zimowli43. Kuba, chociaż bezpieczny na szczycie pieca, dostawał palpitacji serca i oburącz ściskał wzburzoną pierś; Tupcio pod kanapą dostawał wątrobianego ataku i astmy.
A tego dnia właśnie, korzystając z zamętu wyprawy, Dziamdzia wślizgnęła się do domu i wznieciła straszny popłoch.
Zapędziła Kubę na szafę i do utraty tchu naszczekała mu pogróżek i impertynencji44. Potem zwęszyła Tupcia w starym bucie Pantery i nie mogąc się doń dostać, włóczyła go wraz z butem po całym pokoju. Na tym ją przyłapał Rosomak, chwycił za kark i sromotnie za drzwi wyrzucił. Ale domownicy byli w stanie zupełnej rebelii45.
Tupcio był tak rozsierdzony, że razem z butem podskakiwał i fukał:
— To to tak! Nie chcę was, nie chcę do lasu! Nie tykajcie mnie, precz, precz, zdrajcy, fałszywi opiekunowie i przyjaciele! Ta wasza służka chciała mnie zjeść, może zjadła! Nie czuję, czy jeszcze żyję z alteracji46.
— Fiu, nie ma głupich! — skrzeczał Kuba, z ręką na sercu, z wyżyn szafy. — Ani zejdę stąd, ani z wami jadę. Nikt w moim rodzie nie słyszał tyle obelg, co ja od tej pokracznej karlicy. Albo ona, albo ja, wybieraj! Nie zejdę, choć ciekawym, co masz w garści. Choćby i słonecznikowe ziarno! Mam swą ambicję! Dałeś mnie na pastwę tej poczwarze. Gdzieś był, jak mi tu urągała? Nie, nie zejdę!
— Nie, to nie! — rzekł Rosomak, garść orzechów chowając w zanadrze47, i wziął but z Tupciem.
— Tupciu, bestii nie będzie w lesie. Bonować48 będziesz spokojnie. A pamiętasz, ile tam tłustych glist i robaków, jakie miękkie wykroty do spania! A w chacie ile i kiedy zechcesz mleka i sera, i rybie wątróbki. Wyleźże z tej cholewy! Czy ci nie wstyd, by cię jak dzikusa wozić razem z butem?
— A właśnie chcę spać w bucie! — fuknął już spokojniej Tupcio i znieruchomiał.